Wspominając sekcję inteligentnej dyskusji... - fantastyczna rozmowa

Maciej Piwowski
07.09.2015

Wspominając sekcję inteligentnej dyskusji... z Arturem Łukasiewiczem („Bazylem”) rozmawia Jan Plata-Przechlewski („PiPiDżej”)

JPP: Arturze, tak w ogóle – to bardzo się cieszę, że jesteś znów w GKF-ie! Znamy się w końcu kupę lat i niejedną imprezę czy inicjatywę klubową możemy powspominać (poza tym jesteś przecież jednym z moim poprzedników  w rednaczowaniu). Przedstaw się jednak krótko młodszym Czytelnikom.

AŁ:  Cha! Dziękuję za powitanie. A więc krótko: Artur Łukasiewicz, pseudo ogólne i rów-nież GKFowe – Bazyl. Lat czterdzieści. Związany z Fandomem Gdańskim, z pewnymi przerwami, od mniej więcej 1985 roku (od drugiej klasy liceum), czyli… ile to już – kurcze – dwadzieścia cztery lata! Zaczynałem jeszcze w Collapsie, jako zwykły członek. Przez moment (1996-98) – jakieś dwa i pół roku – związany byłem z Rasumem  i mailingową listą dyskusyjną pl-rec-fantastykai-sf-f, z racji tego, że mieszkałem wtedy  w Warszawie. Z wykształcenia informatyk (ale nie praktykujący), dziennikarz, scenarzysta. Obecnie zatrudniony w dużej sieci supermarketowej jako prosty sprzedawca. Rednaczem „Informatorka” byłem przez okres chyba roku – nie pamiętam dokładnie (w starych rocznikach można sprawdzić, kiedy to było). W GKF-ie jako klubie byłem właściwie wszystkim oprócz Prezesa. Wice, Sekretarzem, Szefem klubu lokalnego (tym najdłużej – bo chyba ze trzy lata z okładem). Jestem jednym ze współtwórców klubu Angmar, który powstał w wyniku połączenia się dwóch klubów lokalnych: Galactiki i Gatewaya – tego ostatniego byłem jedynym i „dożywotnim” prezesem (bo od samego początku jego istnienia do samego jego końca). Prezesowałem na początku Angmarowi, póki mnie młodsi nie „zrzucili ze stolca”.

JPP: Prosiłbym też, byś opowiedział nieco więcej o swojej fascynacji fantastyką oraz o swoich początkach w fandomie.

AŁ: Początki? To był czas, kiedy w „Sobótce” – takim programie dla dzieci i młodzieży nadawanym w każdą wolną sobotę – pojawił się „mądry pan”, który nazywał się Parowski i opowiadał o nowej gazecie, która nazywała się „Fantastyka”. Coś na ten temat już wiedziałem. Jakiś rok, może dwa wcześniej wpadła mi do rąk kupiona „na zaś” książka „Podręcznik do języka polskiego dla klasy ósmej”, która miała być w przyszłości moim podręcznikiem do polskiego. Z ciekawości przeczytałem ją od deski do deski.  W tym podręczniku było drukowane opowiadanie Lema „Patrol”, z cyklu opowieści o Pilocie Pirxie. Po jego przeczytaniu osiągnąłem coś w rodzaju ekstazy. Po prostu zakochałem się w tego typu literaturze. Umarłem w butach. Oczywiście niejako z marszu zacząłem „czytać” dostępne w bibliotece książki na ten temat. Miałem to szczęście, że oprócz antologii pisarzy sf rumuńskich czy bułgarskich (okropność!!!) udało mi się przeczytać opowiadania Zajdla. I książki Lema. Bardzo urzekły mnie inne opowiadania  z Pirsem, jak i „Niezwyciężony” – do którego do dziś od czasu do czasu wracam. Oczywiście pojawiła się „klasyka” – czyli Verne, Wells, Grabiński. Swoje też robiły komiksy publikowane w miesięczniku „Alfa” i „Relaxie” – „Najdłuższa podróż” czy niesamowita „Vahanara”, rysowana przez Polcha. Ale „Fantastyce” nie od razu uwierzyłem. Wszystko przez mojego kolegę z podwórka Mariusza. Razem wymienialiśmy się „Przeglądem Technicznym”, „Młodym Technikiem”, „Relaxami” i temu podobnymi modnymi w tamtych czasach gazetami – i to on pokazał mi w kiosku szósty numer „Fantastyki”. Powiedział, że muszę ją mieć „koniecznie”, bo to rewelacyjna rzecz jest. Wiec kupiłem. Miałem szczęście, bo pierwszym, co przeczytałem, była powieść Bułczyłowa „Przełęcz” – i to było to. Zacząłem kupować ją regularnie. To „Fantastyka” od tej pory zaczęła wytyczać kierunki moich literackich fascynacji.
To dzięki niej  poznałem space operę. horror, fantasy, komiks; dzięki niej poznałem największych pisarzy sf – i jej radami się kierowałem szukając książek. A z tym było wtedy krucho. Przeczytanie Tolkiena graniczyło z cudem. Musiałem zapisać się w „kolejkę” – i dopiero po pół roku otrzymałem pierwszy tom „Władcy”; na kolejny czekałem następne dwa miesiące,  a ostatni to mi ktoś ze znajomych mojej mamy pożyczył z własnej biblioteki. Oczywiście pod groźbą i karą, że absolutnie nie zniszczę, nie pobrudzę i temu podobne.
To Mariusz zaciągnął mnie na bardzo długą wyprawę do Gdyni Chyloni do klubu osiedlowego „Remus”. Tam mieścił się należący wtedy do PSMF klub Collaps. Adres dostał od kogoś, którego prywatny adres był adresem kontaktowym publikowanym w „Fantastyce”. Mimo wszystko jakoś w klubie się nie zadomowiłem. Pojawiłem się raz, drugi – a potem mi przeszło. Jakiś niewielki czas później w liceum, do którego chodziłem, kolega z młodszego rocznika, Rafał Fabrycki, chciał założyć klub fantastyki –
i to właśnie dzięki niemu i klubikowi Venus niejako znów „wróciłem” do Collapsa. Opowieść o Venus to insza historia, musiałbym rozpisać to na wiele głosów i osób, wiec ten etap przemilczę. Klub się z resztą szybko rozpadł. To był czas, kiedy szefem Collapsa był Jacek Stachura, to on podpisywał moją deklarację członkowską. Pamiętam, że tego dnia, kiedy się zapisywałem, pojawił się pierwszy numer „Clapsa”; do dziś mam na nim zapisany numer telefonu do ówczesnego Prezesa (vice- Papier, a Irena Gwozdecka – skarbnik). Na spotkania to przychodziło coś ze stu ludzi – bez mała. Zaczynało się od szturmu na księgarnię, w której można było kupić klubówki, magazyny wydawane przez inne kluby – bardzo fajny był wydawany przez poznańską „Orbitę” „Kwazar”, pierwsze jeszcze klubowe „Feniksy” i „Clapsa” oczywiście, który wtedy wychodził bardzo regularnie. Pamiętam też, iż w tym czasie w ręce wpadł mi pierwszy tomik „Wampiurs Wars” – i kiedy go przeczytałem, to pomyślałem sobie: kurcze, co za „pogięty” gościu!!! Ten autor. Wtedy jeszcze się nie znaliśmy.
Po ataku na sklepik następował atak na krzesła w dużej sali – ważne było jak najbliższe miejsce przy telewizorze i magnetowidzie; było to związane oczywiście z poka-zem filmu na wideo, który był kiepską kopią źle przetłumaczoną (najczęściej z nie-mieckim dubbingiem, na który nałożony był mamroczący głos polskiego lektora). Ale liczyło się to, że można było zobaczyć „nowości” albo filmy, których absolutnie wtedy w polskich kinach oglądać nie było można. Choćby cały cykl bondowski na przykład.
W klubie się gadało, nawiązywało „przyjaźnie”, samemu próbowało coś z robić. Altruizm i bezinteresowność były powszechne. Bo jak komuś się udało kupić kilka egzemplarzy książki w księgarni, to sprzedawano je po cenie zakupu, a nie po cenie „bazarowej” – która osiągała niebotyczne wysokości z racji tego, że bardzo trudno było cokolwiek kupić normalnie (a nie „spod lady”).
Wtedy tez po raz pierwszy zadebiutowałem na łamach „Clapsa” z krótkim Short Stories – był to 8 numer „Clapsa”, opowiadanko „Widziałem...”
Po dwóch latach nastał czas matury i wtedy w naturalny sposób przerwałem swoją „działalność” w Collapsie. Ważniejsze były egzaminy. Udało mi się jeszcze tylko załapać się jeszcze na zjazd założycielski GKF-u. Który powstał w wyniku połączenia się trzech klubów: Hydrusa, Collapsu i Galactiki.
W 1988 roku – w listopadzie albo październiku, nie pamiętam dokładnie – na słupie ogłoszeniowym na pętli autobusowej w Oliwie natknąłem się na plakat informujący o spotkaniu założycielskim klubu fantastyki. Miało to miejsce w 5 liceum Ogólnokształcącym w Oliwie. Poszedłem niejako z „ciekawości”. Na spotkaniu organizowanym przez licealistów, a konkretnie przez Piotra Wojsława, gościem był – Krzysio Papierkowski. Ponieważ dość swobodnie konwersowaliśmy – z sali padła propozycja, żebym to ja miał zostać „prezesem klubu”. No co nieopatrznie się zgodziłem. Tak oto pojawił się „Gateway”. Szkoła oczywiście tylko „utrudniała” nam spotkania (a to sala była zajęta, a to magnetowid – wtedy podstawa działalności każdego klubu – oddany do remontu). Jakoś wytrzymaliśmy do wakacji i się przenieśliśmy do Klubu Osiedlowego na Zaspie. Następne dwa lata – to były „złote dni” Gatewaya. Mieliśmy tam „cieplarniane” warunki. Sobota, magnetowid do dyspozycji, sale komputerową – mogliśmy robić, co chcieliśmy. Gadaliśmy, spotykaliśmy się prywatnie. Zorganizowaliśmy chyba ze trzy albo cztery imprezy dla mieszkańców Zaspy, które cieszyły się sporym zainteresowaniem. Niestety, do klubu na Zaspie zapukała nieubłagana rzeczywistość w postaci dość zaporowego czynszu – i z żalem musieliśmy się pożegnać z gościnną dzielnicą.
Po zjednoczeniu klubów Galactica i Gateway (i powstaniu Angmaru) – działałem na różnych klubowych stanowiskach. Starałem się aktywnie uczestniczyć w życiu klubu. Nie zawsze to wychodziło, więc często, z braku czasu, musiałem „zawieszać” swoje obowiązki. Najmilej jednak wspominam redagowanie „Informatora”. Starałem się poszerzyć działalność klubu nie tylko poprzez czystą konsumpcję dóbr zgromadzonych w klubie, ale zorganizowałem w klubie sekcję dyskusyjną na różne tematy dotyczące fantastyki, która przez kilka miesięcy dawała sobie jakoś radę. Rozmawialiśmy o historii klubu, książkach, filmach. Niestety, po jakimś czasie „umarła ona śmiercią naturalną”. Tak bywa... Gdy dziś słyszę o potrzebie rozmowy i kontaktu między ludźmi, mogę się jedynie uśmiechać pod nosem. Nic w przyrodzie nie ginie i stary pomysł sekcji dyskusyjnej znów odżywa. Mile wspominam tez mój wyjazd na Woldcon–Eurocon do Glasgow w Szkocji. Wtedy zrozumiałem, jak wiele różnic dzieli Polski Fandom, a Fandom w Europie i na świecie. Jak wiele dziedzin jest jeszcze zupełnie „nie odkrytych”.

JPP: Gdy już wróciłeś na stare śmieci – jakie zauważasz podobieństwa, jakie różnice, co Cię mile zaskoczyło, a co rozczarowało?

AŁ: Zaskoczyło mile? No cóż – to, że parę osób wciąż jeszcze tu jest i że wciąż klub jako taki istnieje. Z rozczarowań – no cóż, tu znalazłaby się dość spora lista. Zacznijmy od tego, że właściwie nic się nie dzieje w klubie. Na środowe spotkania przychodzi kilka osób, które zajmują się wszystkim, tylko nie działalnością klubową. Pamiętam spotkania klubowe w latach dziewięćdziesiątych – sala pękała w szwach, żyło „życie literackie”  i towarzyskie. Każdy albo coś pisał, albo pomagał w redagowaniu, albo zamierzał właśnie organizować imprezę. Po prostu chciało się być w klubie. Dzisiaj to znikło. Czyżby nikt z obecnych członków klubu nie czuł potrzeby by zebrać się do kupy i coś wspólnie wydać? Gdzie ci piszący, którzy kiedyś przysyłali do klubu swoje opowiadania, gdzie ci rysujący, którzy debiutowali na łamach naszych wydawnictw? Czyżby światem rządził pieniądz? Nie wierzę, ze nie stać klubu na wydanie jakiegokolwiek, choćby marnego zbioru fanowskich tekstów. Zamiast marnować te pieniądze na alkoholowe libacje, o których już zdążyłem usłyszeć legendy – zebrać do kupy towarzystwo i zrobić porządny internetowy serwis o GKF-ie? Podobno takiej sytuacji winien jest powszechny dostęp do dóbr. Dziś już nie trzeba walczyć o książkę, film, komiks, podręcznik do gier. Nie istnieje wiec potrzeba wspólnego spotykania się i rozmowy o naszej pasji, jaką jest bez wątpienia fantastyka. Trzeba się więc głęboko zastanowić nad tym, jakie – jako klub – możemy znaleźć wyjście z tej sytuacji. I to nie za jakiś czas, tylko teraz dziś, bo sytuacja nie wydaje mi się zbyt „różowa”.
Dziwi mnie to, że GKF w ogóle zaprzestał reklamowania się; kiedyś wisiały plakaty na mieście – w szkołach średnich i wyższych - i siłą rzeczy ludzie się zjawiali w klubie. Dziwi mnie to, że największy klub „Angmar” właściwie nic nie robi. Prezesa klubu poznałem dopiero podczas zebrania walnego – na które z resztą – nomen omen – przyszło jedenaście osób z pięćdziesięciu paru (o czaszy, o obyczaje!). Wstyd mi, bo sam ten klub kiedyś zakładałem. Organizowanie raz na jakiś czas „Nocki Angmarowskiej”, na którą przychodzi kilkanaście osób, uważam za pójście na łatwiznę. W dodatku – absolutne ukierunkowanie fantastyki tylko na gry automatycznie „wyklucza” ze społeczności kogoś takiego jak ja, który gry mam w „głębokim poszanowaniu”. Jakby nie było alternatywy dla takich osób. I jakoś nie widzę nikogo, kto by się tym uczciwie zajął. W końcu mnie to wkurzyło. Przez pół roku siedziałem cicho i obserwowałem klub. Teraz postanowiłem to zmienić.

JPP: Wystąpiłeś z ciekawą inicjatywą blogerską. Ale czytanie blogów – to akurat ten element szerokiej oferty internetu, który jakoś zupełnie mnie nie wciągnął. Najlepiej więc będzie, gdy Ty, jako autor, przybliżysz czytelnikom „Informatora” swój pomysł.

AŁ: Klasyczny blog – to coś w rodzaju pamiętnika, bardzo osobistego. Pisanego na różne tematy. Są blogi muzyczne, literackie, filmowe, zajmujące się techniką, gadżetami. Są specyficzne „fotoblogi” – gdzie, zamiast pisać, autorzy zamieszczają zdjęcia. Specyfika blogu polega też na tym, ze można owe wynurzenia komentować. I może to zrobić każdy, kto tylko będzie chciał. Zakłada nawet zupełną anonimowość w tych sprawach. Osoba pisząca ma prawo jednak redagować czy usuwać komentarze nie na temat, złośliwe i obraźliwe. Mój blog jest poświęcony GKF-owi i problemom związanym z GKF-em, a także fantastyce jako takiej. Wydarzeniom z życia fandomu gdańskiego. Jestem również otwarty na całą Polskę: informacje o spotkaniach autorskich, wydarzenia z życia innych klubów w Polsce – zapraszam do współpracy. Mój blog jest pewnym wyrazem sprzeciwu. Nie podoba mi się to, co się dzieje w GKF-ie – i o tym piszę i pisać będę; czasem nawet trochę „ostrzej”, niźli zrobiłbym to na łamach oficjalnych. Blog ten ma również za zadanie skupić najbardziej aktywnych na dyskusji. Na wzbudzeniu aktywności w szeregach klubowiczów. Bardzo popieram inicjatywę spotykania się w knajpie – bo uważam, że w ten sposób rodzi się „międzyklubowa” płaszczyzna współpracy, która jest szalenie dzisiaj potrzebna. Dalsze takie działanie jak do tej pory może jedynie spowodować powolny zjazd po równi pochyłej, a w konsekwencji doprowadzić do całkowitego upadku klubu. Tak więc nie tylko nie doczekamy kiedyś setnej rocznicy istnienia klubu, ale nawet – być może pięćdziesiątej. A nawet wcześniej – wszystko zależy od tego, jak długo będzie działał Krzysztof Papierkowski, który – w mojej opinii – jest naprawdę jednoosobowym „zarządem klubu”; i to raczej z konieczności, a nie z przysługujących mu praw. Po prostu nie ma nikogo na tyle silnego, by zdjąć z barków Krzysztofa ten ciężar. Inną sprawą jest to, czy on sam tego chce. Wiele Krzysztofowi zawdzięczamy – ale nikt go nie wspomaga w tym, by zająć się składkami, szafkami, książkami, inwentaryzacją książek i wszystkimi tego typu, za przeproszeniem, „pierdołami”. Ale to sprawa na tekst do bloga, który kiedyś napiszę.
Moje łamy są otwarte dla każdego, każdy członek GKF-u ma prawo napisać, co mu leży na wątrobie, a ja to opublikuję na blogu. Nie zamykam się tylko na własne poglądy. Nie uważam za alfe i omegę w wielu sprawach. Po prostu czekam na inicjatywy innych
i pobudzam dyskusję. To chyba tyle.

JPP: Czym jeszcze chciałbyś podzielić się z czytelnikami? Jakieś pozafantastyczne zainteresowania? Nieco bliżej na swój temat? Coś, o co nie zapytałem?

AŁ: Nie ukrywam swojej fascynacji historią Gdańska – a zwłaszcza dość specyficzną jej częścią, bo lożami masońskimi istniejącymi w dawnym Gdańsku w latach 1757–1937. Jestem autorem dość dużego opracowania na temat lóż staropruskich w Gdańsku. Aktywnie działam na forach zajmujących się tematyką masońską. Sam zresztą masonem nie jestem – interesuje mnie raczej historyczny aspekt tej tajemniczej, istniejącej od 300 lat organizacji.
Poza tym  muzyka – jestem wręcz maniakiem muzycznym i posiadaczem dużej kolekcji nagrań z lat osiemdziesiątych. Ale nie ograniczam się w fascynacji muzyką tylko do tej dekady. Kocham dobry swing, muzykę lat pięćdziesiątych. Aktywnie zbieram muzykę krajów ościennych dawnego ZSSR i Czechosłowacji. Ostatnio też i DDR-u.
Kocham dobre kino. A ostatnio przepadam za serialami – takimi jak „Dexter”, „Stargate SG1”; nigdy chyba nie wyrosnę z fascynacji „Gwiezdnymi wojnami” czy filmami Ridleya Scotta. Odkryłem też fascynujące kino rosyjskie – zwłaszcza to, które pojawiło się już po upadku ZSRR (prawie kompletnie w Polsce nie znane). Kiedyś jednak – przyznaję ze smutkiem – filmy zjadały mi znacznie więcej czasu.

JPP: Dziękuję Ci za rozmowę – i życzę powodzenia w Twych działaniach!

Informator Gdańskiego Klubu Fantastyki

Zgłoś swój pomysł na artykuł

Więcej w tym dziale Zobacz wszystkie