O spiskach, banalizacji zła i antyreligijnej krucjacie współczesności

Okruchy Ogana, Korespondencja nr 6.

Tuż przed Świętami Bożego Narodzenia zupełnie przypadkowo natknąłem się w TVP Kultura na program z udziałem Lecha Jęczmyka. Gdyby nie jego obecność, zmieniłbym kanał, ale ponieważ zawsze lubiłem słuchać tego, co ma do powiedzenia były naczelny „Fantastyki’, zacząłem przysłuchiwać się dyskusji. Tematem były teorie spiskowe, a Jęczmyk robił w programie za „małpę”, gdyż jako jedyny nie wykluczał możliwości istnienia spisków. Nie dawał się jednak złapać na deklarowanie wiary np. w to, że światem rządzą jaszczury przybyłe z kosmosu (jak twierdzi któryś z brytyjskich deputowanych, nazwiska nie zapamiętałem) – powtarzał jedynie, że ma zbyt mało informacji, by taką ewentualność potwierdzić lub jej z całą pewnością zaprzeczyć. Pozostali bardziej zdroworozsądkowi uczestnicy rozmowy z góry istnienie spisków, zwłaszcza takich, których celem jest rządzenie światem, odrzucali. Przyczyn szerzącej się wiary w owe spiski (i popularności literatury na ten temat, ot chociażby twórczości Browna) upatrywali natomiast m.in. w pewnych defektach psychicznych poszczególnych osób oraz towarzyszącemu współczesnemu człowiekowi poczuciu wyobcowania i rozpadowi więzów rodzinnych, które są najlepszym katalizatorem dla lęków generujących fantazje o sprzysiężeniach zagrażających pojedynczym ludziom lub światu.

Świetną puentą tego programu była przypomniana przez Jęczmyka myśl Chestertona na temat współczesnego człowieka, że – odrzuciwszy wiarę – nie stał się niewierzącym: on po prostu jest w stanie uwierzyć we wszystko.

Fenomen literatury spiskowej jest dla mnie niepojęty; nie tyle przez fakt jej popularności (dobrze skrojona historia spiskowa to znakomita intelektualna rozrywka), ale z powodu wiary w istnienie opisywanych sprzysiężeń, której w czasie lektury nabierają niektórzy czytelnicy. Dzieje się tak nie tylko z powodu wskazanego przez Chestertona. Mechanizm szerzenia się spisków został świetnie opisany w najlepszej powieści na ten temat, czyli „Wahadle Foucaulta” Eco. Wydawałoby się, że po opublikowaniu tej powieści-matki (i zarazem katalogu) wszystkich teorii spiskowych nikomu już nie przyjdzie do głowy pisanie nowych. Eco boleśnie z nich zakpił i obnażył metody ich powstawania, słowem temat wyczerpał i wszystkie możliwe inne realizacje na ten temat skompromitował. Ale w naszej kulturze granice wyczerpania (por. „Literatura wyczerpania” J. Bartha) przesunęły się daleko poza horyzont oczekiwań odbiorców i temat z książek nie zniknie – aż do wyczerpania... ostatniego czytelnika gotowego podjąć lekturę. Z drugiej strony: kto by tam czytał autora tak trudnego jak Eco. Bolończyk jest dla intelektualistów i snobów, a Brown dla mas. Dlatego też wszyscy przez niego zaczadzeni nie wiedzą nawet, że stali się ofiarami przemyślnie zmieszanego koktajlu, w którym sprawdzalne fakty podlano gęsto sosem nonsensów − im bardziej nieprawdopodobnych, tym lepiej przyswajalnym.

Łatwość, z jaką w ten sposób można sterować ludźmi, jest przerażająca – jak przypominali uczestnicy wspomnianego progra-mu – przez niektóre rządy (zwłaszcza w USA) wykorzystywana. Na tym tle nieźle wypada Polska i Polacy, których żadne teorie spiskowe zmogły: nawet te o kryzysie i o pandemii świńskiej grypy.

Odrzucenie wiary (i religii) ma też dla kultury (umownie nazwijmy ją europejskiej) inne konsekwencje. Na naszych oczach postępuje degradacja zła. Staje się ono nie tylko kategorią źle obecną we współczesnym dyskursie, ale i same złe uczynki są popełniane zupełnie bezrefleksyjnie, zaś ich sprawcy nie ponoszą najmniejszych konsekwencji (chociażby w postaci zawstydzenia) – zło stało się po prostu banalne. Żeby spotkać się z potępieniem opinii publicznej trzeba przekroczyć już najbardziej ostteczne granice (znęcanie się nad kalekami i dziećmi, pedofilia, morderstwo ze szczególnym okrucień-stwem).

Nawet zdrada kraju w oczach wielu nie jest żadną hańbą, o ile się potem odda władzę we właściwe ręce (mówię tu o znanych ludziach honoru, ale bez nazwisk, żeby nie robić im nienależnej reklamy). Dla równowagi: również złamanie ślubów i porzucenie stanu duchownego bywa przez liderów opinii oceniane jako krok we właściwym kierunku i wybór mniejszego zła. przestała być tematem zajmującym, znika ona także z kart literatury. Pojawia się na nich jeszcze sporadycznie, często w roli czarnego charakteru (zwłaszcza w postaci znienawidzonych kościelnych instytucji: Inkwizycji, Opus Dei), ale stawiane przez nią pytania przestały być traktowane poważnie i nikt nie zajmuje się już szukaniem na
nie odpowiedzi. Dzieje się tak nie tylko w literaturze głównego nurtu, ale i w gatunkach popularnych.

W czasach moich studiów (jakieś 15 lat temu) sądziłem, że resztki przyzwoitości przetrwają w fantastyce – a zwłaszcza w fantasy, która przecież z tęsknoty za światem jednoznacznych wartości się narodziła. Uwzględniając proporcje: teza podnoszona wtedy przez Szyłaka, że fantastyka jest literaturą religijną, wydawała mi się uprawniona. Ale skłonność do Tolkienowskiej megalomanii (czyli poruszania zasadniczych tematów) dzisiaj jest kompletnie de mode. Jeden z prekursorów modnego współcześnie nurtu New Weird (którym zainteresowanie mnie osobiście jednak jakoś ominęło) w jednym z programowych wystąpień wręcz odżegnywał się od przyznawania fantasy religijnego wymiaru (por. O baśniach Tolkiena). W tym celu uwolniono tę odmianę fantastyki od ograniczeń dyktowanych przez tradycyjne założenia: opisywanie świata z czasów jego mitycznych początków oraz organizację społeczną zbliżoną do feudalnej.

W klasycznej fantasy nie ma też postępu technicznego, bo nawet jeśli wysoka technologia w świecie miecza i magii się pojawi, to dochodzi do poważnego naruszenia równowagi świata, która domaga się jej przywrócenia (cykl Zelazny’ego o Szalonym Różdżkarzu). W światach Nowej Dziwności rozwój społeczny i przemysłowy jest wręcz wskazany, a oddalone od swego sacrum, podlegają one tym samym przemianom, które nastąpiły w naszym świecie. I trudno nie dostrzec w wyznacznikach New Weird tej samej (dla mnie niepokojącej) tendencji, której ten tekst poświęcam. Na szczęście znacznie szybciej niż w wypadku fantasy okazało się, że proza ta kostnieje i traci impet, nie odbierając czytelników klasycznej konwencji.

Inną kwestią jest to, że pokolenie twórców wyznających konserwatywne wartości w polskiej fantastyce przeszło na pozycje niepraktykujące. Nie ma nowych powieści Ziemkiewicza i Kołodziejczaka, którzy liderowali prawicowym zastępom autorów z przełomu lat 80. i 90. XX wieku. To był swoisty fenomen na skalę światową, gdyż poza Polską fantastyka szła raczej wszędzie w awangardzie postępu i była pierwsza do krytykowania świata w zastanej postaci. Dziś mamy już w tej dziedzinie tak samo jak gdzie indziej – ale to chyba nie powód do radości.

Oczywiście: to, co się moim zdaniem toczy źle, zdaniem kogoś innego może być słuszne i postępowe. Historia uczy jednak, że postęp to pojęcie względne, a w świecie bez wartości w ogóle żadnego kierunku nie można wyznaczyć. Parcie zaś przed siebie nie zawsze przecież odbywa się do przodu. Bliski memu sercu konserwatyzm uznaje właśnie, że pewne niezmienne wartości (zwłaszcza chrześcijańskie) tworzą układ odniesienia, który pozwala poruszać się do przodu zgodnie z kierunkiem przez niego wyznaczonym (może i powoli, ale nieuchronnie). Progresywiści zaś, pragnąc postępu za wszelką cenę, ruszają się może żwawiej, ale za to co krok muszą ustalać, co aktualnie jest trendy, a co już passe; w wyniku czego popadają ze skrajności w skrajność, i – zamiast iść naprzód – poruszają się może niekoniecznie w kółko, ale jakoś tak fraktalicznie.

Cywilizacja europeidalna (bo północnoamerykańska także) nie tylko odrzuciła swój przyrodzony etos, który wyznaczał jej rozwój przez całe tysiąclecia i był dla niej źródłem energii (ideowe wypalenie ponowoczesnej kultury jest równie przykre, jak jej zagubienie). Stało się coś znacznie gorszego: elity intelektualne uznały ów etos za swojego największego wroga. Rozwód z chrześcijaństwem (proces ten trwa już od wieków, ale teraz prześcignął sam siebie: we współczesnej demokracji rację ma zawsze frakcja antyreligijna, nawet jeśli pozostaje w mniejszości) jest ostatecznym dowodem na to, że kultura białego człowieka postanowiła dokonać samobójstwa, a w najlepszym razie – abdykować. I może nie byłoby jej co żałować, gdyby samemu się białym europejczykiem nie było… Ludzie wiary, którzy nadal poważnie traktują sprawy religii, są brutalnie wyrzucani poza nawias prowadzonego na naszym kontynencie dyskursu (przypadek Buttiglionego w parlamencie europejskim, ale również antyislamskie prawa wprowadzane we Francji).

Smutnym symbolem tej niechęci jest zaś walka z krzyżami (ale i z tradycyjnymi elementami garderoby muzułmanek również), która jako żywo przypomina krucjatę. Czy można się jej przeciwstawić? Chyba nie. Ale tak naprawdę, jak pisał niegdyś Herbert, wystarczy po prostu być wiernym…

Wasz wielkokacki korespondent

GFK


Polecane:


Więcej w tym dziale:


Ważne: Użytkowanie Witryny oznacza zgodę na wykorzystywanie plików cookie. Szczegółowe informacje w Polityce prywatności.